środa, 1 kwietnia 2026

prima aprilis

 Pierwszy był Ford Capri. Piękna czerwona maszyna z dwoma metrami maski z przodu i bagażnikiem wielkości damskiej torebki. Potem jeden czy dwa maluchy. Pierwszy nowy samochód kupiłem w 1997. To był Cinquecento, o którym mechanicy mówili że po przejechaniu stu tysięcy kilometrów należy go wyrzucić. Przejechałem dwieście tysięcy. Potem już w dwudziestym pierwszym wieku przyszedł czas na Fiata Brava. To tym autem wykonałem rekordowy dystans na jednym baku: osiemset kilometrów. Gdy się zużył krótko jeździłem dwudziestoletnią skodą Favorit, którą kupiłem od pierwszego właściciela za dwieście złotych. Potem Fiat Panda z silnikiem diesla, który prawie nic nie palił, za to ciągle się psuł. I przyszła pora na hyundaya i10. Znowu czerwony, którego z biedy musiałem sprzedać po czterech latach. Od tamtej pory nie myślę o własnym samochodzie. Największe podróże wykonałem samochodami z wypożyczalni. Teraz od wielkiego dzwonu korzystam z córczynej skody fabia. Byłem nią w Italii i Francji.