chwila wspomnień
To było w sześćdziesiątym roku. Ojciec zapakował mamę i mnie z bratem do pociągu. Wraz z nami jechał wszelki możliwy i niemożliwy sprzęt turystyczny i cztery rowery. Wysiedliśmy bladym świtem w Sandomierzu. Podczas podjazdu pod stromo pochylony sandomierski Rynek zepsuł się oczywiście mój rower. Potem była jazda. Niewielkimi etapami zmierzaliśmy na północ. Plan był taki, że mieliśmy dojechać do domu w Piastowie. Działo się. Nocowaliśmy w namiocie, gdzie mama kazała nam spać w śpiworach koniecznie w beretach. Były też noclegi w stodołach, ale i w chłopskich łóżkach. Raz ojciec wprosił się na nocleg w klasztorze w Świętej Katarzynie, gdzie siostrzyczki nakarmiły nas krupniczkiem i nie wzięły od nas ani grosza. W tejże Świętej Katarzynie mama wykonała przewrót w przód przez kierownicę roweru nieopatrznie używszy przedniego hamulca na ostrym zjeździe. Zwiedzaliśmy wszystko co się dało. W jednej wiosce Gospodyni zrobiła nam podpłomyki na drogę, a ich cudowny smak czuję do dziś. To były jedne z najlepszych wakacji w życiu.