Albo weźmy, od niewiadomokiedy trwającą, moją walkę z grawitacją albo bezwładnością, bo przecież liczba, którą widzę na wyświetlaczu wagi to właśnie siła, z którą Planeta przyciąga moją cielesność. Regularnie notuję wyniki od co najmniej czterech lat i muszę stwierdzić, że przez ten czas siła przyciągania spadła o jedenaście i pół kilo. Przy czym w ciągu ostatniego miesiąca tempo spadku gwałtownie przyspieszyło i wyniosło sześć setnych kilograma na dzień. Wyraźnej przyczyny tego efektu tymczasem nie rozpoznaję. W każdym razie do wymarzonych siedemdziesięciu kilogramów brakuje mi jeszcze 6,2 kilograma. A teraz zagadka:
Ile ważyłem na początku regularnych pomiarów?
I pomyśleć, że w wieku dwudziestu lat ważyłem 62 kg.