Albo weźmy czas i sposób jego pojmowania. Dla jednych to prosta zmierzająca w nieskończoność. Dla drugich płaszczyzna o nieznanych granicach. Dla trzecich trójwymiarowa nieskończoność. A dla mnie?- nie wiem. Wszystkim po trochu. A już sposób, w jaki traktujemy czas to skandal. Choć niby cenimy sobie czas, to jednak marnotrawimy go, przepuszczamy przez palce i nie podoba się nam jego nieuchronny upływ.
Teraz o masie i diecie. Jem prosto i monotonnie. Wędzone tofu duszone z warzywami i jajka. Albo wędzona rybka duszona z warzywami i jajka. Flaszka kefiru ciemną nocą i tekturowe pieczywo z chrzanem. Kilka ząbków czosnku zagryzane kilkoma orzechami. I mimo to masa spada: wczoraj było 77,8. Może w końcu dobiję do siedemdziesiątki?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz