Mój pierwszy epizod wegetariański rozpoczął się wówczas, gdy spotykałem się z Mieszkanką Wieży. Myślałem, że dzięki zmianie diety będę bardziej atrakcyjny, ładniej pachniał, czy jakoś tak. Skończył się po pół roku, gdy zostałem wygnany. To wygnanie przypłaciłem załamaniem nerwowym i ciężką depresją. Potem długo nic i jakieś sześć lat temu zwyczajnie odechciało mi się mięsa. Nie mówię, że nie było innych przyczyn jak na przykład uświadomienie sobie, że zjadając mięso żyję wbrew naturze, bo jestem tylko trochę drapieżnikiem. To w ogóle dziwna sprawa. Ludzie zaczęli jeść mięso w czasach wyjątkowo niesprzyjających dietetycznie. Epoka lodowcowa i te sprawy. Czyli jeśli by nie jedli upolowanego mięsa, zwyczajnie by wymarli. A weźmy inne naczelne: szympansy prawie nie jedzą mięsa (około 5% diety) a goryle nie jedzą go wcale. To zresztą doskonały przykład dla ludzi dziwiących mi się, że nie jem mięsa "bo mięso daje siłę". Mówię im żeby pomyśleli czy sił brakuje takiemu gorylowi, stuprocentowemu wege. Dopiero dwa lata temu mój lekarz podpowiedział mi, że powinienem od czasu do czasu zjeść rybkę ze względu na zawartość czegoś tam. To jem. raz czy dwa razy w tygodniu. Mój typowy posiłek to czosnek z orzechami włoskimi i ogórkami małosolnymi lub kiszonymi na przystawkę. Danie główne natomiast komponuję z ziemniaków, papryki, pomidorów i cebuli duszonych w mikrofalówce wraz z wędzonym tofu, jajami lub wędzonymi kawałkami łososia (bo bez ości). Między posiłkami jem tarty chrzan i majonez. Łyżkami. I co? Czuję się doskonale. Dobrze, może nawet zbyt dobrze wyglądam. i za cholerę nie mogę zgubić jeszcze jakich ośmiu kilogramów. Myślę z rozrzewnieniem o czasach, gdy ważyłem 62 kg.