Chwila wspomnień.
Mniej więcej sześćdziesiąt pięć lat temu zostałem pod przymusem zapisany do szkoły muzycznej. Nie wiem co myśleli rodzice, ale ja nie byłem zachwycony. Jednak, siedmiolatek, nie miałem nic do gadania, zresztą wiele w szkole muzycznej podobało mi się. Pierwszy nauczyciel był aniołem cierpliwości i oazą spokoju. To on nauczył mnie podstaw skrzypcowego rzemiosła i rozwijał we mnie zamiłowanie do Muzyki. Niestety od drugiej klasy przejął mnie Profesor S. On znęcał się nade mną. Jego reakcja na najmniejszy fałszyk czy utratę rytmu była, przynajmniej dla mnie, przykra. Szczypał mnie boleśnie w policzek i targał za uszy i włosy. Czasy były takie, że nie śmiałem się poskarżyć nawet rodzicom. Za to bardzo podobały mi się próby i koncerty Orkiestry Szkolnej. Z takich sobie melodyjek ćwiczonych w podgrupach, wyłaniała się podczas próby ogólnej Harmonia i naprawdę wielka Muzyka. W czasie pierwszej takiej próby czułem wzruszenie do łez i ogólną Gęsią Skórkę. Nauka gry na skrzypcach polegała głównie na wielokrotnym ćwiczeniu różnych kawałków w domu. Latem wychodziłem z ćwiczeniami na taras. Natychmiast gdy zaczynałem grać uaktywniał się Dun, pies zbliżony do owczarka niemieckiego. Wył głośno do ostatniej nuty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz