Albo weźmy czekanie. Czas spędzany w kolejce, czy na peronie lub przystanku. Gdy chodziłem do szkoły w Żyrardowie i jechałem tam, problem nie istniał. Zwykle wpadałem na peron w ostatniej chwili, zziajany i z włosem rozwianym od prędkości. Za to z powrotem było gorzej. Statecznym krokiem wkraczałem na peron i zazwyczaj do planowego czasu odjazdu miałem kilkanaście, a czasem i kilkadziesiąt minut. Jak spędzałem ten czas? Chodziłem i czekałem. Stałem i czekałem. Tu przypomniała mi się taka anegdota: gdzie chodzisz lecz siedzisz, leżysz lecz siedzisz i gdy siedzisz to też siedzisz? - w pyerdlu. I druga, wymyślona przez Lema: choćbyś nie wiem jak się starał nie da się ukryć faktu, że długotrwała podróż kosmiczna wyraźnie pachnie kryminałem. Najczęstszym sposobem na zabicie czasu była obserwacja zegara i odliczanie kolejnych sekund aż moja sekunda zsynchronizuje się z zegarową i dokładnie w chwili odliczenia sześćdziesiąt wskazówka przeskoczy o jedną minutę.No po prostu rozpacz. Pustka w głowie i zupełna bezmyślność. Nie pamiętam kiedy to się zmieniło. Teraz czekając po prostu rozmyślam (nie mylić z myśleniem) o różnościach. Czyżbym miał bogate wnętrze?
Od jakiegoś czasu prawie każdy post przepuszczam przez AI. Jego wnioski są czasem zaskakujące.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz