piątek, 30 maja 2025

trzydziesty maja

 Albo weźmy brytyjski system monetarny. Ten prawdziwy, sprzed reformy w sześćdziesiątych latach dwudziestego wieku. Jednym słowem masakra. No, niby wiadomo - funt szterling. Ale co można pomyśleć o takiej gwinei, której wartość to funt i nie wiedzieć czemu szyling. Dwadzieścia szylingów dawało funta, a sam szyling dzielił się na 12 pensów. Jako samodzielne monety istniały też korony o wartości ćwierci funta i żeby było śmiesznie półkoronówki o wartości dwóch szylingów i sześciu pensów. Dolarem ówczesnej Europy był jednak wymyślony we Francji złoty floren i myślę, że Brytyjczycy mieli w związku z nim niemałe kompleksy. Dlatego zangielszczyli go po swojemu jednak już tylko w srebrze. W twarzy powyższego wcale nie dziwię się, że reforma dzieląca funta na nudne sto pensów i już, była na Wyspach przyjęta z mieszanymi uczuciami. Po cóż bowiem upraszczać naturalny ład z którym wszystkim było do twarzy?

Skąd mi się wzięły takie przemyślenia? Czytam taraz "Spryciarza z Londynu" Terry'ego Pratchetta i co rusz natrafiam w nim na jakieś pieniądze. Zgniewało mnie w końcu, że nie wiem o co chodzi i przerwawszy lekturę wykułem na blachę brytyjski system monetarny. Przypomniało mi się też ileż było egzotyki związanej z pieniędzmi w czytanych w młodości powieściach historycznych, awanturniczych i podróżniczych. Guldeny, dublony, pistole, drachmy, talenty, reale, pachniały tajemnicą i przygodą.

Jeszcze anegdota: gdy w Wielkiej Brytanii zaczęto przymierzać się do wprowadzenia ruchu prawostronnego, podczas obrad parlamentu jedna z posłanek zaproponowała, aby zrobić to stopniowo i na początek kazać jeździć prawą stroną tylko autobusom. Nawiasem mówiąc, ruch lewostronny jest naturalny i wywodzi się z czasów, gdy podróżowało się konno, a broń trzymało się w prawej ręce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz