Nie przypuszczałem, że mam tyle rzeczy. Mimo licznych przeprowadzek (mówią, że trzy przeprowadzki to jak jedno spalenie) nagromadziło się tego wniebogłosy. Pakuję już drugi dzień i może dziś skończę. Najwięcej książek. Szkoda wyrzucić, choć teraz czytam wyłącznie pedeefy na komputerze lub telefonie (optonie jak powiedziałby ulubiony pisarz). Ubrań niewiele, ale jest to skutkiem ostrej selekcji: ubrania nieużywane przez ostatnie trzy lata - do wora. Mam tylko kłopot gdzie je oddać. Mam jeszcze kłopot z książką kucharską. Ponieważ nie jest moja, postanowiłem zachować ją, a jakże, w postaci przeskanowanych pedeefów. W twarzy mojego zobowiązania gotowania Ali taka książka to skarb, bo trzymany w rozumie repertuar jest dość skromny. Dowiedziałem się co to sztufada i jak ją zrobić. Inna sprawa, że ja na pewno nie będę jej jadł, te mięsa i słoniny, duszone, obrzydliwość. Ale może Wnuki zagustują. Jestem dopiero przy zupach na stronie 156 i mam pewność, że ta książka niejednym mnie jeszcze zaskoczy. No właśnie mam do przeskanowania jeszcze 322 strony i to bez deserów i słodyczy i nie wiem kiedy skończę tę robotę.
środa, 13 października 2021
Trzynasty października
wtorek, 5 października 2021
piąty października
Wygląda na to, że jednak wcześniej.
W przyszły piątek przeprowadzam się do Krakowa.
sobota, 2 października 2021
drugi października
W twarzy faktu, że prędzej czy później wyniosę się z Reguł, w dalszej perspektywie nawet ostatecznie, kilka dni temu postanowiłem urządzić sobie pierwszą rowerową wycieczkę pożegnalną. Dzień był wietrzny mocno, więc pojechałem pod wiatr aby łatwiej się wracało. Naprzód w kierunku SSW ulicą Regulską, która niepostrzeżenie zmienia się w aleję Powstańców Warszawy aż dojechałem do mostu na rzece o której zawsze myślałem, że nazywa się Utrata, a na niebieskiej tablicy przed mostem jak wół stoi Raszynka. Później na mapie sprawdziłem, że w rzeczy samej tak jest a źródło Raszynki bije ze Stawu Puchalskiego w Raszynie. Do Utraty Raszynka wpada w okolicy stawów pęcickich. O Utracie też poczytałem i dowiedziałem się o niej różności. Ale nie o tym. Most ścieżkorowerowy pod którym płynie Raszynka wygląda tak:
w tle widać most drogowy i sygnalizację świetlną. Moim zdaniem ten zielony mosteczek jest bardzo ładny, a jego projektant połączył solidność z lekkością, chociaż mam podejrzenie, że nośność mostu została policzona ze zbyt dużym współczynnikiem bezpieczeństwa. Jak przez mgłę pamiętam z dzieciństwa drewniany most w tym miejscu, który też dawał radę. Niedawno wybudowana ścieżka rowerowa którą dojechałem do mostu nosi nazwę Rajdu Po Kamienistej Drodze. To też bardzo ciekawa historia, Ale nie o tym. Widoczne światła zabezpieczają przejście dla pieszych i przejazd rowerowy. Tam podążyłem. Kiedyś w tym miejscu od drogi odchodziła nadrzeczna ścieżka. W tym roku powstała tu ścieżka rowerowa która wygląda tak:
Jak powszechnie wiadomo rower jest najwspanialszym pojazdem pod warunkiem jednak, że nie wieje. Opór aerodynamiczny rośnie z sześcianem różnicy prędkości między Podróżnikiem i Atmospherą. W dodatku dysponuję rowerem starszej generacji, bez przerzutki. Gdy naprawdę ostro wiało zsiadałem i podróżowałem pieszo. Mogłem wtedy dokładnie się rozglądać i nie do wiary co zobaczyłem:
Rzut beretem od Stolicy widać krajobraz bez śladu Cywilizacji. Tak to miejsce mogło wyglądać sto albo i tysiąc lat temu.
Jechałem doliną rzeki Raszynki obserwując jak poprzez liczne kanały nawadnia tereny po jej północnej stronie. Ciekawość: dziś tam nie ma żadnych upraw. A resztki nawadniającej infrastruktury wykorzystywane dziś niezgodnie z pierwotnym przeznaczeniem wyglądają tak:
c.d.n.
pierwszy października chwila wspomnień
Tak jakoś jest, że wiem o tym, że więcej za mną niż przede mną i co za tym idzie więcej myślę o tym co było. Maszynistą na kolei byłem prawie dziesięć lat. Jedna siódma życia.
Jeździłem jako drugi maszynista (młodszy maszynista) w drugim planie. Były dwa, bo w pierwszym pracowali zaufani i doświadczeni i ciągali pociągi w rodzaju 1501 czy 1505. Był jeszcze plan tylko dla najbardziej zaufanych i "po linii" w którym jeździło się do Brześcia. Publiczną tajemnicą było po co. Opowieściami co i jak schować w lokomotywie maszyniści dzielili się na głos i bez skrępowania. Do dziś nie wiem jakie były przedmioty kontrabandy i jakie z niej profity, ale bez wątpienia jakieś były, bo tylko maszyniści jeżdżący w tym superplanie, nota bene wszyscy członkowie PZPR, mieli prywatne samochody, co ciekawe przeważnie dizle więc i paliwo do nich kradzione z kolejowych dystrybutorów, mieli darmo. Ale nie o tym. W obowiązującym mnie drugim planie najgorszy był pociąg 1511, osobowy do Gdyni. Wypadał jakoś dwa razy w tygodniu. Mówiliśmy na niego "dziad" bo stawał pod każdym słupkiem. Samej jazdy było dwanaście godzin, od siódmej do siódmej. W nocy. Z czasem od podstawienia pod skład na Szczęśliwicach do odstawienia na Grabówku, bite czternaście godzin. To w rozkładzie zimowym. Latem, w Gdyni, przypinano lokomotywę do pociągu którego numeru już nie pamiętam i ciągnęliśmy go jeszcze do Lęborka. Godzin nie pamiętam, ale w Lęborku ledwo starczało czasu na siedmiogodzinny odpoczynek w Noclegowni. Któregoś lata zostałem przydzielony do pierwszego maszynisty o imieniu Władek. Nazwiska już i tak nie pamiętam. Nie wiem też czy Kierownik Trakcji uprzedził mnie, że to alkoholik. Jednak coś musiało być na rzeczy, bo wszyscy wiedzieli o tym, że ja nie piję, a w myśl popularnej anegdoty "jeden musi być trzeźwy". Przez kilka tygodni obaj byliśmy trzeźwi, może Władek czasem na kacu, ale nie dawał po sobie tego poznać. Nieszczęście przyszło gdy dostaliśmy Praktykanta. To taki chłopak uczący się na maszynistę. Okazał się dla Władka bratnią duszą i doskonałym kompanem do kieliszka. Pewnego razu po odstawieniu lokomotywy w Lęborku obaj znikli. Poszedłem do Noclegowni, zjadłem przepisową zupę z wkładką i spokojnie zasnąłem. Obudzony po południu przez obsługę stwierdziłem brak obydwu. Jak koń mleczarza poszedłem do lokomotywy, odpaliłem motor i podjechałem w perony. Przypięty już do składu czekałem na kolejne wydarzenia. Wiedziałem na pewno, że sam nie pojadę, zresztą miałem już podobną przygodę w Radomiu gdy przypięty do pociągu zbiorowego nie ruszyłem dopóki nie zjawił się spóźniony maszynista, którego nazwisko w przeciwieństwie do imienia jakoś pamiętam: Królik. Władek z Praktykantem pojawili się na lęborskim peronie na chwilę przed planowym odjazdem. Tak podsadzali się wzajemnie, że jakoś w końcu wdrapali się do kabiny i odjazd został uratowany. Obaj nietomni. Huknąłem wściekły i pogoniłem pijane towarzystwo do drugiej kabiny. Wiedziałem co robić i prowadziłem pociąg zgodnie ze sztuką. Gdy zaczynała mnie ogarniać senność wstawałem i jechałem na stojaka. otwierałem okna i chyba modliłem się żeby tylko do Warszawy. Władek zaczął się ruszać gdzieś w Ciechanowie, już widno. Nie puściłem go do sterów. Jebałem go do samej Warszawy. On nawet nie przeprosił. Chyba nie zgłosiłem wydarzenia władzom. Kilka dni później nie miałem już wyjścia, bo Władek nie przyszedł na odjazd pociągu do Hajnówki. Przyjęcie w peronach na Wschodnim. Podany semafor a Władka nie ma. Poszedłem do Dyżurnego Ruchu, zadzwoniłem do Dyspozytora i powiedziałem jak jest. Chyba nie próbował mnie przekonywać żebym jechał sam, zresztą Dyżurny już wiedział. Pociąg odjechał ponad dwie godziny po planie, bo Dyspozytor złapał jakiegoś maszynistę z manewrów z nocnej zmiany. Władka więcej nie widziałem.
sobota, 25 września 2021
dwudziesty piąty września
Albo weźmy pracę maszynisty "na manewrach". To jest trochę tak jak praca w fabryce z perfekcyjnie rozpisaną organizacją pracy.
Zmiana drużyny według regulaminu następowała o ósmej. Maszyniści jednak mogli zmieniać się o innych porach i tak robili. Zwykle była to szósta po południu i siódma rano. Przed służbą należało zgłosić się telefonicznie do dyspozytora. Gdy zostałem dyspozytorem odbierałem telefon mówiąc nazwisko i często słyszałem w odpowiedzi "co tak syczy?". Szybko nauczyłem się rozpoznawać maszynistów po głosie i czasami gdy zgłaszałem się "dyspozytor Odolany", albo "no" niektórzy dalej pytali "co tak syczy?".
Służba na manewrach była przede wszystkim niesamowicie nudna. Cóż więc było robić, nocą przesypiałem większość czasu, zaś w dzień różnie bywało. Dużo czytałem, słuchałem radia, a kiedy stwierdziłem, że ciągła wymiana baterii zbyt wiele mnie kosztuje, zbudowałem takie sprytne urządzenie, które stałe, studziesięciowoltowe napięcie z gniazdka lokomotywy zmieniało w potrzebne radiu 9V. Podczas słonecznych dni wywieszałem się na południową stronę i łapałem UV na oblicze, a w bezchmurne noce obserwowałem obroty ciał niebieskich.
W czasach przedradiowych prawdziwa robota zaczynała się gdy w lokomotywę walił jakiś manewrowy czy inny ustawiacz. Trzeba było wówczas otworzyć okno, wywiesić się i uważać na sygnały podawane w dzień chorągiewką według przepisów, albo najczęściej nieuzbrojoną ręką, a w nocy latarnią. Były też sygnały dźwiękowe i stosowne trąbki. Wybór sygnałów był niewielki: do mnie, ode mnie i stój. W przepisach był jeszcze sygnał zwolnić jednak używany bardzo rzadko, bo zwykle jeździło się na pierwszej pozycji nastawnika i zwolnić nie było jak. Czasami, zwłaszcza na stacji towarowej Okęcie, Chłop podchodził i dawał paszczowo sygnał podszarpniem , nieistniejący w przepisach i chyba zabroniony. Polegało to na tym, że trzeba było energicznie pociągnąć grupę wagonów, przyhamować aby manewrowy jadący na stopniu wagonu mógł Drągiem zrzucić złącze z haka a potem znów ciągnąć i szybko uciekać. Gdy ciągnięte wagony minęły rozjazd i oddaliły się poza skrajnię, ustawiacz przekładał wajchę i odpięte wagony wjeżdżały na inny tor gdzie już czekała na nie płoza. Na manewrach często występowało zjawisko przerżnięcia wajchy. To było wtedy gdy pojazd lub wagon wjeżdżał z ostrza rozjazdu w czasie kiedy rozjazd był ustawiony na sąsiedni tor. Częstym osiągnięciem przy jeździe manewrowej było też przerżnięcie Anglika. W internecie nie znalazłem takiego hasła, więc Szanownej Frekwencji pozostawiam wyjaśnienie o co chodzi.
czwartek, 23 września 2021
dwudziesty trzeci września
Zły to czas na wynajmowanie mieszkania. Stara jakby przycichła. Może w oczy jeszcze nie zagląda, ale przynajmniej nie pluje jadem. Poczekam aż wszyscy studenci sprowadzą się do Krakowa i dopiero wtedy, jak mieszkania na wynajem stanieją, przypilnuję temat.
niedziela, 19 września 2021
dziewiętnasty września
...ona pralka się zepsuła jeszcze przed lipcowym wyjazdem na działkę. Wymyśliłem, że kupię nową. I kupiłem. Gdy już była "w transporcie" Stara zrobiła mi karczemną ^3 awanturę właściwie nie wiem o co. Już w trakcie ...onej awantury postanowiłem, że muszę się wynieść z Reguł. Niestety ...ona nowa pralka pochłonęła wszystkie wolne środki. Muszę więc łatać i jakoś, zaciskając resztki zębów, dotrwać do najbliższej wypłaty. Nie jest łatwo, ale nikt nie obiecywał, że będzie. Staram się schodzić jej z drogi jednak pod jednym dachem to trudne. Cierpię więc w milczeniu i z godnością. Myślę jednak, że już od połowy października będę żył pod nowym adresem. Oczywiście w Krakowie.
Jak to już ustaliłem z Małolatem ...ony po polsku to tyle co ...ing po angielsku.