wtorek, 9 listopada 2021

dziewiąty listopada

Jakoś przypomniała mi się podróż wokół Bałtyku. Tuż po jej zakończeniu myślałem napisać długi tekst, może nawet książkę, albo chociaż porządną prezentację. Dziś myślę, że nie zrobiłem tak, bo wspomnienia bez tego są najmojsze. Widać niechętnie podzieliłbym się tymi emocjami z Ludzkością. Wolę je mieć tylko dla siebie. Rzeczywiście, opowiadając ludziom o tej podróży ukułem szablon kilku dykteryjek. Opowiadałem wciąż kilka zaledwie sytuacji choć było ich o wiele więcej.

niedziela, 7 listopada 2021

siódmy listopada

 Albo weźmy sztukę. W moim rozumieniu to coś, co karmi zmysły. Mamy więc sztuki plastyczne pobudzające głównie zmysł wzroku, ale też dotyku, bo tę sztukę można zmacać. Mamy muzykę działającą głównie na zmysł słuchu, ale też i wzroku. Spróbuj posłuchać tego samego kawałka naprzód z otwartymi a później z zamkniętymi oczami. Jest różnica? Jest sztuka tworzenia zapachów. Nie znam jej nazwiska ale z całą pewnością jej celem jest karmienie zmysłu powonienia ale też na przykład zmysłu równowagi: są zapachy zwalające z nóg. Mamy sztukę kulinarną. Ta oprócz dosłownego karmienia ciała działa na prawie wszystkie ludzkie zmysły. A jak nazwać sztukę działającą na dotyk? To oczywiście seks który karmi już wszystkie ludzkie zmysły. Brakuje mi w tej wyliczance sztuki działającej głównie na zmysł równowagi. Nie jest przecież sztuką huśtawka, albo chwiejący się do rzygania pokład statku na dużej fali. Już gdzieś o tym pisałem: myślę, że zmysł równowagi leży odłogiem. Bo przecież można wyobrazić sobie (oczywiście po opanowaniu przez Ludzkość antygrawitacji) takie skomponowanie bodźców grawitacji z różnym natężeniem rozłożonych w czasie, że odbiorcy zrobi się błogo (albo nieprzyjemnie). To tak jak z muzyką. Jeden z lubością słucha Mozarta, a drugi Pendereckiego. A teraz zagadka którą sam sobie zadaję: jakiego rodzaju sztuką jest Literatura Piękna?

A teraz z innej beczki. Od jakiegoś czasu stałem się bardziej nadawcą niż odbiorcą. Z czego to się bierze? Czy to ze spalenia kolejnych mostów?

sobota, 6 listopada 2021

szósty listopada

Albo weźmy ludzi, którzy zawsze wiedzą lepiej. Co gorsza tak są przekonani o swojej wszechwiedzy, że aż usiłują narzucić swoje "wiem lepiej" reszcie Bliźnich. Była tu pod koniec szesnastego roku taka jedna. Zofia. Chwała jej za to, że wywoływała tuziny komentarzy pod każdym postem. Cieszyły mnie rozpalone do białości dyskusje. Blog żył. Jednak tamte dyskusje na nic się zdały. Nie pojawiły się kompromisy ani nawet protokoły rozbieżności. Powiedzmy sobie, że było to typowe bicie piany.

 Każdy zapewne zna kilka takich osób, no chyba, że sam "wie lepiej". W moim dotychczasowym życiu wystąpiła, bardzo wystąpiła, zwłaszcza jedna. Wierni czytelnicy wiedzą o kim myślę. Wielokrotnie powtarzałem: "jej myślenie jest jak stara deska". Za grosz elastyczności czy chociaż próby dopuszczenia myśli, że może interlokutor ma część racji. Po jakimś czasie przestaliśmy rozmawiać. Wymienialiśmy tylko komunikaty. Poglądów nie wymienialiśmy, bo kiepsko bym na takiej wymianie wyszedł. Najgorsze dla mnie było jej przekonanie o tym, że lepiej ode mnie wie co myślę, robię i mówię. Chciała nawet dyktować mi jak mam żyć. Słyszała zazwyczaj co innego niż powiedziałem. Koszmar. Taka na przykład Mieszkanka Wieży miała fajną odzywkę: "słyszę co do mnie mówisz", to było uczciwe postawienie sprawy. Nawet Przyjaciółka Malarka potrafiła uzgodnić rozbieżności bez awantur. Stara nigdy. Po co to piszę, bo chcę definitywnie zamknąć Przeszłość in my mind. Bo nic na przyszłość nie daje mi kolejne rozważanie co było tak a co nie tak. Przeszłość gdy już się wyciągnęło wnioski można tylko oglądać.

Jeszcze apel do Komentujących: proszę uprzejmie o podpisywanie komentarzy jakimkolwiek znakiem. Głupio z otwartą przyłbicą czytać anonimy.

piątek, 5 listopada 2021

piąty listopada

 Dziś od rana ( DZIĘKI YUTUBO ) poprawiam sobie już i tak dobry nastrój słuchając najnowszych utworów ABBY. Pamiętacie moją wizytę w sztokholmskim muzeum? Wydawało się tam, że ten projekt to już tylko posąg, pomnik, czy jakoś tak. Że już nic i nigdy się nie zmieni, chociaż sądząc z przewagi młodzieży wśród zwiedzających ta myśl była może nieuprawniona. Wszak można ich spuściznę czytać wciąż na nowe, współczesne sposoby, a współczesność to continuum i nigdy się nie kończy, i wciąż się zmienia. Nikt nie przypuszczał, że po czterdziestu latach tych czworo artystów zechce podzielić się z Ludzkością czymś nowym i starym jednocześnie. Jest w ich muzyce coś, co pozwala rozpoznać wykonawcę po kilku zaledwie taktach. (Coś podobnego wywołują także produkcje ELO czy McCartneya.) Jedno mam za pewnik: przebojów z tego nie będzie. Jednak chyba nie o to chodziło. Jak przypuszcza recenzent GW chodziło tu o pożegnanie, a ja myślę, że nagrali ten album z ich wewnętrznej potrzeby ponownego odezwania się do publiczności i wcale nie jestem pewny czy na tym jednym albumie się skończy.

czwartek, 4 listopada 2021

czwarty listopada

 Dziś wybrałem się do Dzieci pieszo. Wyszło nieźle, bo tylko kwadrans dłużej niż rowerem. Chciałem przetestować sytuację gdy wśród mroźnej, zimowej ciszy zwyczajnie nie będzie wypadało jechać rowerem. Test wypadł dobrze. Podziwiałem złotoczerwonojesienne widoki.Taki na przykład klon sczerwieniały jak w Ameryce.


Wszyscy oczywiście wiemy dlaczego tam liście więdną na czerwono. Upieczony wczoraj schab schodzi z zatrważającą prędkością. Wszyscy chwalą. Pora więc na kolejne pomysły. Kłopot mam tylko z zielonym. Nie mam pojęcia co, oprócz mizerii tolerują Wnuki. Nic. Jutro będę negocjował. Któregoś dnia przyszedł nowy sąsiad. Kenijczyk, doktorant na UJ. Potrzebował pomocy technicznej czyli klucza "10". Zanim jednak tej pomocy mu udzieliłem, wymieniliśmy kilka zdań po angielsku. Gdy się dowiedział, że I'm a housekeeper for my daughter długo przewracał oczami i Dziwił Się. W Krakowie czuję się coraz lepiej. Znowu, tak jak w Dobczycach ciśnienie spadło mi tak, że byłem zmuszony odstawić prochy. Chyba jest coś na rzeczy z nieobecnością Starej w moim życiu.

środa, 3 listopada 2021

trzeci listopada

 Poruszyła mnie przeczytana w Internecie teza: foch to przemoc psychiczna. Podana wprawdzie bez dowodu, jednak chyba nie bardzo go potrzebująca. Przemocy psychicznej byłem poddawany wielokrotnie. Celowała w tym Stara, nawet wtedy gdy stara bynajmniej nie była. Był to jej ulubiony sposób manipulowania bliźnim swym. Ostatnio, po, myślę, definitywnym rozstaniu często myślę o tym w jaki cudowny sposób ożeniłem się z tą kobietą. Nic tam się nie zgadza. Jako młodzieniec skakałem raczej z kwiatka na kwiatek i bywało, że prowadzałem się jednocześnie z więcej niż jedną dziewczyną. Miałem dwa a czasem nawet trzy grona rówieśników wśród których dorastałem. Bywało, że w dzień randkowałem z koleżanką z Żyrardowskiej szkoły, a wieczorem imprezowałem wśród piastowskich znajomych. Na domiar złego grałem na gitarze i śpiewałem ówczesne hity, a powszechnie jest wiadomym, że do takiego muzyka dziewczyny jak muchy do, powiedzmy, miodu. Miałem, już dorosły, dziewczynę, która wydała się za takiego z zamkniętymi oczami i po urodzeniu mu dwóch córek zmykała gdzie pieprz rośnie. To od niej usłyszałem o muchach i, powiedzmy, miodzie. A jednak dałem się usidlić. Młody byłem. Głupi. Z początku nie dostrzegałem technik manipulacji testowanych na mnie. Nie wiem też czy Stara robiła to świadomie, z premedytacją, czy było to instynktowne. Odchodziłem wiele razy gdy już zwyczajnie nie dawało się żyć. Dziś, już bezpieczny, staram się nie myśleć o przeszłości. Wraca tylko w snach. To co? przede mną już tylko Świetlana Przyszłość.

poniedziałek, 1 listopada 2021

pierwszy listopada

 Jakoś się samo ułożyło. Do południa łażę w piżamie, a raczej siedzę przy pożyczonym od Córki stoliku balkonowym na również pożyczonym krzesełku balkonowym i walę w komputer. Od czasu do czasu robię trochę wymachów, skłonów czy przysiadów dla rozgrzewki. Tymi ćwiczeniami oszczędzam prąd do ogrzewania Mieszkadełka. Temperatura wewnątrz utrzymuje się na znośnym poziomie 18°C. Co będzie jak przyjdą mrozy nie wiem, ale dopokąd nie zapłacę pierwszego rachunku za prąd nie wiem jak prąd zawrzeć w moim arkuszu kalkulacyjnym gdzie prowadzę księgowość. Tymczasem strzeliłem 200 zł na miesiąc i zobaczymy co się będzie działo. Koło południa zaczynam się ruszać i już niedługo dosiadam stalowego rumaka i jadę do Dzieci. Kilka razy jechałem drogą wyznaczoną przez Gógla, która ma bardzo strome odcinki. W piątek zaś popracowałem z mapą i wytyczyłem taką trasę na której takich stromizn nie ma i pojechałem tą drogą. To była czysta przyjemność. I tak melduję się przy kuchni. Przygotowuję nieśpiesznie posiłek dla Wnucząt, wydaję go między trzecią a czwartą i już do wieczora mam wolne. A wczoraj wybrałem się turystycznie do Krakowa. Oczywiście rowerem. Sześć i pół kilometra przejechałem niezbyt szybko ale z przyjemnością. Było ciepło i słonecznie. Znów spacerowałem po Rynku i uśmiechałem się do ludzi. Powystawiałem się przez chwilę pod Sukiennicami do kamery i za jej pośrednictwem pomachałem Przyjaciołom. Naprzód jedną ręką, a potem dwiema - stereo. O czwartej już siedziałem w domu i kręciłem papierosy oglądając jakiś film. Potem przygotowanie posiłku głównego. Wczoraj był to posiłek Fibonacciego składający się z resztek ze środy, czwartku i piątku. Zrobiło się tego tyle, że dziś mam posiłek główny bez przygotowywania, wystarczy podgrzać. Dziś zamierzam wybrać się na salwatorski cmentarz i odwiedzić Mentora mojej młodości. Przypomina mi się pierwsza tam wizyta bodaj w 2008. Jechałem tam na tym samym rowerze.

Wieczorem, wieczorem.

No i pojechałem. Prawie na pamięć (tylko raz włączyłem góglową nawigację). Większość drogi prawie płaska, za to ostatni odcinek tak piekielnie stromy, że na najkorzystniejszym przełożeniu przerzutki nie dałem rady. Ostatnie dwieście-trzysta metrów pchałem albo ciągnąłem rower do siódmych potów w pierwszolistopadowym upale. Nie pamiętam teraz jak było w 2008 gdy jechałem tam pierwszy raz, ale cóż, byłem wówczas o jakie piętnaście kilogramów młodszy. Na górze przypiąłem rower do drzewka i spacerkiem, jak po swoje, do miejsca które wielokrotnie już odwiedzałem. Nie mogłem znaleźć. Długo błąkałem się w okolicach kaplicy w której odbywało się nabożeństwo podejrzanego kultu, bo pamiętałem, że to gdzieś tam. W końcu, zgniewany, do Gógla. W sprytnej wyszukiwarce cmentarnej przeczytałem sektor (byłem w nim), rząd i numer kwatery. Sektor niewielki i dopiero gdy byłem o dwa metry zorientowałem się skąd moje zagubienie. Grób był tak obstawiony światłami i kwiatami, że po prostu wcześniej go nie poznałem.  



  Tradycyjnie zapaliłem papierosa i chwilę podumałem jak mieszkaniec tego miejsca kształtował dawno temu moje emocje. Nastrój psuły mowy i zaśpiewy z pobliskiej kaplicy, ale co robić. Zgasiłem papierosa i skonstatowałem nie pierwszy raz, że ten grób jako jedyny na cmentarzu nie jest ozdobiony krzyżem. W drodze powrotnej zaś zobaczyłem taki obrazek: