niedziela, 31 sierpnia 2014

PTNZ

Zagadka jedenasta i ostatnia.
Podróż odwiedziła jeszcze jedno miasto o którym dotąd nie było mowy. Z przyczyn oczywistych treść Zagadki jest otoczona cudzysłowem.

"Bardzo stare i bardzo duże miasto nad wielką rzeką. Przez stulecia największe miasto od gór aż do morza.
Kiedyś było stolicą, ale już nie jest. Związane i z królami, i z cesarzami. Dziedzictwo kulturowe na liście Unesco, a jakże.
Ze względu na osłonę niedalekich gór jest tu ciepło, często pada (niektórzy wyróżniają określone ulice, ale to chyba tylko błąd obserwacji) i zdarzają się ciepłe wiatry typu fen.
Słynna katedra (pod dwuosobowym wezwaniem), a w tej katedrze szczątki królów.
Śródmieście (na lewym brzegu rzeki) otoczone niedomkniętym pierścieniem zieleni. Liczne muzea. Fragmenty murów obronnych."

Dlaczego cudzysłów?
Jakie to miasto?

trzydziesty pierwszy sierpnia

Przeprawa przez Alpy była już opisana, więc teraz tylko parę słów. Na austriackich autostradach było grzecznie. Samochodów najwięcej miejscowych, a niemiejscowych można było poznać po nieprzestrzeganiu ograniczeń prędkości. I wcale nie Polacy byli najliczniej reprezentowani wśród pędzących z nielegalną prędkością. Nie prowadziłem dokładnych statystyk, ale szacuję, że najgorzej sprawowali się Włosi, potem Niemcy i Czesi wespół ze Słowakami. W Austrii bywały też miejsca w których droga była pusta. Podróż przemierzała Tyrol ze średnią prędkością 100 km/h, bo praktycznie na całej trasie przejazdu obowiązywało ograniczenie prędkości do 110 km/h.
A tak wyglądał profil Obieżyświata na tle wciąż rosnących austriackich gór:


Stacja benzynowa w okolicach Innsbrucku na której obserwowaliśmy Tęczę, a też nabraliśmy paliwa po stosunkowo umiarkowanej, w porównaniu z włoskimi, cenie.
W Austrii widzieliśmy też sposób transportu który nie wiedzieć czemu nie chce się przyjąć w Polsce. Na zdjęciu widać pociąg którym jadą samochody ciężarowe.
Po czym poznać, że wjeżdża się do Włoch? - Oczywiście po tym, że za przejazd autostradą trzeba płacić doraźnie. Widocznie winiety doskonale funkcjonujące w Austrii lub w Czechach, nie są dobrym rozwiązaniem w kraju, w którym czerwone światło na skrzyżowaniu jest traktowane jako delikatna sugestia: a może chociaż zwolnić?

W Alpach włoskich jest mnóstwo takich widoków. Zastanawialiśmy się jak ludzie mieszkający w takich domach komunikują się ze światem gdy przyjdzie zima i wszędzie jest pełno śniegu.
Na włoskich drogach NIKT nie przestrzega jakichkolwiek ograniczeń prędkości. Cóż było robić, ja też.
A tu wjazd na stację benzynową, gdzie wypadł pierwszy postój na włoskiej ziemi i gdzie okazało się, że w Italii sikanie jest za darmo!

Już po zmroku, gdzieś w okolicach Verony:
Na bramkach w Padwie okazało się, że za przejechanie 313 km po włoskich autostradach wypadło zapłacić 22€ z jakimiś groszami.
 

sobota, 30 sierpnia 2014

trzydziesty sierpnia

PTNZ w przeciwieństwie do opisywanych Gdzie Indziej Wakacji, ufa raczej Planowi niż jest precyzyjnie zaplanowana. Przez to nie wywołuje żadnego stresu i nigdzie nie musi się spieszyć, chociaż w Czechach bywało z tym różnie. 
Jadąc po niemieckich autostradach zobaczyliśmy, że miejscowa ludność nie ma zwyczaju nabierania paliw płynnych do swoich pojazdów w drodze. Przyautostradowe stacje benzynowe na trzystudwudziestokilometrowej trasie przejazdu przez Niemcy policzyłem na palcach jednej ręki. Tymczasem jednak, gdzieś w okolicach Schwandorf, Podróż zgłodniała. Na wyposażonym w dogodne miejsca postojowe parkingu spożyła więc treściwy posiłek korzystając z zapasów zabranych z Kraju i przewożonych w samochodowej lodówce. Przy okazji ujawnił się typowy problem podróżujących: za sikanie trzeba płacić. Tam akurat 1€, jednak moim zdaniem nie jest to humanitarny zwyczaj. Osobiście zaprotestowałem udając się w Krzaki, jednak doskonale rozumiem żal połowy Populacji która ze względu na szczegóły konstrukcyjne woli raczej cywilizowany sposób opróżniania zbiorników. Oddalając się z miejsca ustronnego zobaczyłem auto zarejestrowane w Grecji gwałtownie parkujące na Trawie pod Zagajnikiem. Z auta gwałtownie wysiadła duża i tłusta kobieta, należy przypuszczać, że Greczynka, po czym ze zdumiewającą prędkością odsłoniła zawory i z widoczną ulgą, a też z charakterystycznymi odgłosami pozbywała się niepotrzebnych substancji. Doskonale ją rozumiałem, chociaż gdy zobaczyłem jak papier którym oczyściła zawory cisnęła za siebie nawet nie patrząc gdzie upadnie i nie uznała za stosowne chociaż tego papieru sprzątnąć do któregoś z licznie rozmieszczonych w okolicy śmietników, pomyślałem, że było to typowe udawanie greka. 
Niby zaplanowałem tankowanie w okolicach Monachium, jednak nocne błądzenie w Czechach pochłonęło wyraźnie zbyt dużo benzyny więc już zbliżając się Regensburga zacząłem pilnie wypatrywać jakiegoś dystrybutora. Dobrze się więc złożyło, bo do tego miasta i tak wybieraliśmy się. Zatankowawszy i obejrzawszy z daleka Kamienny Most ruszyliśmy w dalszą drogę. Od tego momentu Towarzyszka podjęła pracę Dokumentatorki. 
Im bardziej zbliżaliśmy się do Alp, tym bardziej pogoda robiła się niepewna. Już na wspomnianym  parkingu przeleciał nas przelotny dżdż. Dalej było ich coraz więcej. Nie zważając jednak na warunki atmosferyczne Podróż podążała ze średnią chyżością 110 km/h na Południe. Droga w Niemczech jednak była nudna. W dobrym znaczeniu tego słowa. Oprócz Jazdy nic właściwie się nie działo. Podobnie w Austrii do której wjechaliśmy w okolicach Eichelwang. Na dwu- lub trzypasmowych, doskonale oznakowanych drogach, Kierowca, oprócz pilnowania prędkości nie ma zbyt wiele do roboty. Inaczej siedzący z prawej Obserwator. Dowiedziałem się, że tysiące fotografii wykonywanych z pędzącego auta mają w przyszłości uzmysłowić mi jak piękny jest świat widziany z Drogi. Chyba coś w tym jest.

czwartek, 28 sierpnia 2014

dwudziesty ósmy sierpnia

Ale Jazda.
Muszę przyznać, że tak na prawdę, to przed Podróżą nie bardzo wierzyłem, że moim małym samochodzikiem można wyprawić się na podbój Europy. Sprawdzałem jakie są przepisy ruchu drogowego, układałem, jak przed każdą podróżą, dokładny plan przejazdu, zgłębiałem w jakiż sposób legalnie jeździć po czeskich, austriackich i włoskich autostradach. Jednak dopóki nie przekroczyłem granicy z Czechami, nie mogłem uwierzyć, że możliwe jest Takie Podróżowanie takim autem. Ale uwierzyłem. Gdy wjechaliśmy do Harrachowa, zrozumiałem, że nie ma odwrotu i zwyczajnie muszę sprostać, a auto również nie ma nic przeciwko temu. Jazda przez Czechy była co prawda koszmarem, bo spalił nam się zabukowany nocleg i nie bardzo wiedziałem jak ten problem rozwiązać. Na przydrożnym parkingu pod Pragą, na którym jakaś tłusta Czeszka wypięła na nas spod kusej sukni  gołą dupę wyciągając coś z zaparkowanej obok Skody, próbowałem pokonać barierę językową i zdobyć jakiś nocleg przez telefon. Obdzwoniłem kilkanaście hoteli, ale niestety, nocleg pod Pragą był tej nocy niemożliwy. Jechaliśmy więc dalej wypatrując coś przydrożnego. Jednak w Czechach przydrożne, a właściwie przyautostradowe motele nie istnieją. No to po jakichś sześćdziesięciu kilometrach od Pragi poszedłem po rozum do głowy i zjechałem z autostrady. Wjechaliśmy do zaciemnionego czeskiego miasteczka. Dziwna sprawa, ale tam Tubylcy zamykają się w domach już o dziewiątej. Zaobserwowaliśmy to dziwne zjawisko tuż po przekroczeniu granicy. W takim miasteczku Jablonec, przez które zmyłkowo poprowadził nas Pan Nawigacja, o dziewiątej nie stwierdziliśmy na ulicach żywego ducha. Ulice w Beroun wyglądały podobnie, ale na wjeździe do miasta wywieszone były ogromne reklamy dwóch na raz hoteli. W pierwszym uaktywniłem swoją angielszczyznę, i uzyskałem odpowiedź, że pani Recepcji jest bardzo przykro, ale nie mają jednego wolnego łóżka. W drugim zaś już nie było żadnego problemu. Ceny noclegu nie pamiętam, ale mam wrażenie, że nie była wygórowana. Ponieważ nocleg był ze śniadaniem, wypadało wstać dość wcześnie, aby nie spożywać resztek. Po śniadaniu do miasta. Swędziały nas korony których mieliśmy ponad dwa tysiące. Zakupy jednak nie były wielkie: Towarzyszka kupiła sobie komplet igieł i szpulkę nici?, a potem w innym sklepie w którym sprzedawczyni mówiła bardzo ładnie "dobry den" kupiliśmy sobie po kapeluszu. Wracając do hotelu zadziwiliśmy się oboje obserwując jak jakiś mocno skośny człowiek robił przyjęcie towaru w miejscowym warzywniaku. Miał on w jednej skrzynce coś dziwnego, co wyglądało jak ogórki z kolcami. 
Gdy wyjechaliśmy z hotelowego garażu było około jedenastej. Wypoczęty, wyspany i najedzony zasiadłem za kierownicą i kontynuowałem podbój Europy. Głupia sprawa, ale w Czechach nie zrobiliśmy ani jednego zdjęcia. 
Granicę niemiecką przekroczyliśmy w Waidhaus. Jazda po niemieckich, bezpłatnych autostradach, jest dla każdego kierowcy przyjemnością. Doskonałe oznakowanie, idealna nawierzchnia i ogromna kultura tamtejszych użytkowników sprawia, że aż chce się jechać. Zdarzają się co prawda wariaci korzystający z braku ograniczeń prędkości, ale moim zdaniem jest ich niewielu i przeważnie nie Niemców. Ja nie jechałem szybciej niż 130 km/h i uważam, że taka prędkość jest w sam raz dla mojego Czerwonego Bolidu. c.d.n.

PTNZ bez numeru

Nie wiem jak inni, ale ja mam podobne odczucia dotyczące czasu: mija za szybko, chociaż gdy wyjeżdżaliśmy z Wenecji, nocne szukanie noclegu w Czechach wydawało mi się szalennie odległe.
Na nowym zdjęciu profilowym uwieczniona została chwila w której Obieżyświat moczył nogi w Adriatyku.
Jak już jesteśmy przy zdjęciach to kłódkowe grona na moście który nie jest jednak zadaszony, wyglądają tak:
Natomiast Obieżyświat z Dyplomowaną Towarzyszką na tymże Moście wyglądali tak:
 I jeszcze jedna ciekawostka z Wenecji, która jak sądzę zainteresuje Niektórych:

środa, 27 sierpnia 2014

dwudziesty siódmy sierpnia

Wiem o tym, że powinienem uporządkować wspomnienia z Podróży, poukładać zdjęcia, zapisać to wszystko i sporządzić porządną prezentację. Tylko, że ciało mdłe. Ciągle chce mi się spać i śpię jak tylko mam wolną chwilę. Nic. Może jutro senność mi przejdzie. Dobranoc.

rozplątanie Zagadek 10.0 i 10.1

W dniu wyjazdu z Monteripido od rana zbierało się na burzę. Gdy wreszcie się zebrało, żywioł zaatakował z nieznaną mi dotąd gwałtownością. Podróż w tym czasie zwiedzała Klasztor. Po zwiedzaniu mieliśmy zaraz odjeżdżać, ale okazało się, że nie możemy. Towarzyszka Kursantka (już dyplomowana) miała jeszcze do wypełnienia Misję. Postanowiła urządzić Wystawę w Klasztorze. O Wystawie będzie osobno. Tu najważniejsze jest, że wyjechaliśmy o wpół do siódmej. Jazda po bezpłatnej drodze była bardzo miła i już o jedenastej logowaliśmy się w Padwie w tym samym hotelu który odwiedziliśmy jadąc w tamtą stronę. Następnego dnia - do Wenecji, o czym też będzie osobno. Dopiero po Wenecji mogłem dokładnie porachować na co nas stać w drodze do Kraju. Koszt parkingu i biletu na wodny autobus do Wenecji przekroczył moje oczekiwania na tyle, że o międzynoclegu w jakimś najtańszym nawet hoteliku w Austrii nie było już mowy. Postanowiłem więc jechać do upada. Upad nastąpił mniej więcej w środku Austrii. Na przyautostradowym parkingu zasnąłem jak drewno na półtorej godziny. Gdy wjeżdżaliśmy na Słowację świtało. Otumaniony długą podróżą niewiele rejestrowałem i właściwie jedno co zapamiętałem z tego pięknego Kraju, to to, że pan na znaku drogowym ostrzegającym przed przejściem dla pieszych miał na głowie kapelusz. Granicę przekroczyliśmy w okolicach Zwardonia i w rzeczy samej przejechaliśmy po dopiero co oddanym do użytku wiadukcie, fragmencie nowobudowanej drogi S69. Śniadanie jedliśmy w Żywcu.