Albo weźmy klimat. Lem mówił o tym, że z ocieplającego się klimatu miał tyle, że wciąż było mu zimno. Tegoroczny maj sprawia, że obeznany z doniesieniami o płonącej Planecie człowiek w średnim wieku, wyczuwa w swoim myśleniu cień podejrzeń: a może to tylko kolejna teoria spiskowa? Owszem znana mi jest wieloletnia prawidłowość. Zimni Ogrodnicy i zaraz Zimna Zośka sprowadzają do nas falę chłodu a nawet mrozu. Ale to tylko kilka dni w środku maja. Teraz z niepokojem spoglądam na ekran smartfona i od kilku dni widzę, że temperatura spada. Dzisiejszej nocy nawet do -1 °C. A może ten niespotykany chłód jest jednak potwierdzeniem, że w ogóle Klimat się rozregulował? Ten obejmujący całą planetę pełen chaosu system jest coraz mniej podatny na uporządkowane teorie Meteorologów.
piątek, 9 maja 2025
dziewiąty maja
niedziela, 4 maja 2025
czwarty maja
Rozmawiając dziś z Córką uświadomiłem sobie jak bardzo zmieniły się normy społeczne od czasów mojej młodości. Dziś było o alkoholu. Córka nie widzi nic nadzwyczajnego w okazyjnym popijaniu Jej Córki (16). Mój pierwszy kontakt z alkoholem był Wydarzeniem. Oczywiście utrzymywanym w tajemnicy. Czymś Złym, a przez to Podniecającym. Gdy pewnego dnia, piętnastoletnia Córka, po wyjściu na jaw alkoholowego ekscesu na wycieczce szkolnej, na moje pytanie "a coście piły?" z prostotą powiedziała "jak to co - wódkę", prawie się roześmiałem, jednak konsekwencje tego zdarzenia były przykre. Dla mnie też. Takie coś było jednak zbyt nowatorskie jak na ówczesne czasy. Dziś Córka ze swobodą zeznaje, że zaopatruje Wnuczkę w butelkę wina na okoliczność spotkania z koleżankami. Natomiast Wnuczek (18) zagadnięty przez Siostrę, czy nie kupiłby butelki, pogonił ją zdecydowanie. To nasunęło mi natychmiast pytanie jak by się zachował gdybym go zagadnął w te słowy "no co, z dziadkiem się nie napijesz?" Córka twierdzi, że mogłoby dojść do scen gorszących. O tempora, o mores.
piątek, 2 maja 2025
drugi maja
Sandały, w których w 2014 zdobywałem Butny Półwysep, zyskały dziś drugie życie. Długo szukałem Szewca wyrażającego gotowość do operacji wymiany podeszew w kopalni wspomnień sprzed wielu lat. Przyszwy w postaci kilku pasków nie ucierpiały wcale, za to Podeszwy, popękane w poprzek i w wielu miejscach, uniemożliwiały komfortowe i jakiekolwiek inne chodzenie w tych reliktach czy artefaktach. Szewca znalazłem na ulicy Krakowskiej. Jak okazało się podczas rozmowy zakład ten odpalił działalność w 1942 roku i jego skróconą historię opowiedziała mi Córka Założyciela,mocno już dziś leciwa Pani. Dziś, wczesnym przedpołudniem, stwierdziłem esemesa z dobrą nowiną: sandały gotowe i do odbioru. Obułem je natychmiast po wyjściu na ulicę. Poczułem ponaddziesięcioletnią historię i niestety dyskomfort od Ostrogi, a właściwie miejsca po przeciwnej stronie rozcięgna podeszwowego, bo to w miejsce łączenia z palcami przeniósł się teraz ból. Nic. W przyszłym tygodniu pójdę do polecanej przez Doktora Wojtka Pani, której ręce czynią cuda i mam nadzieję pozbyć się tego bólu in saecula saeculorum.
wtorek, 29 kwietnia 2025
dwudziesty dziewiąty kwietnia
Albo weźmy pierwsze razy. Jak już Naprawdę nie mam co robić, zaczynam rozmyślać o swoich pierwszych razach. Pierwszy z pierwszych to zapamiętana chwila, gdy ojciec puścił kij umocowany do roweru i zorientowałem się, że jadę samodzielnie. Pierwsza dwója w szkole. Pierwsza randka z dziewczyną. Pierwszy dzień w pracy. Pierwsza wypłata, której bynajmniej nie przepiłem w całości. Pierwsza wyprawa za granicę. Narodziny pierwszego wnuka. Pierwsza wypłata emerytury z ZUSu. A co dalej? Niby wiem o tym, że coraz mniej tych pierwszych razów przede mną, choć potencjalnie wciąż nieskończenie wiele, bo nieskończoność to taki zbiór, z którego ile by nie czerpać ,wciąż pozostaje niewyczerpany. Te rozmyślania coraz częściej podszyte są ciekawością: a co z ostatnimi razami? Tych też przybywa. Każdy dzień o zmierzchu jest takim ostatnim razem, bo więcej Tego Dnia nie będzie. Wyruszając w każdą Podróż zastanawiam się czy to właśnie ta ostatnia?
poniedziałek, 28 kwietnia 2025
dwudziesty ósmy kwietnia
Albo weźmy jednostki. Długość najlepiej mierzyć jednostkami naturalnymi. Sam często, gdy nie chciało mi się wyciągać miarki, mierzyłem odległość stopami, zwłaszcza że wiedziałem o tym, że długość mojej stopy wynosi z rozsądnym przybliżeniem dwadzieścia pięć centymetrów. Dawno temu ( ale prawda ) ludzie kombinowali podobnie. Co prawda trudno było pogodzić się czyja stopa miała być wzorcem. Słusznym więc było aby sprzedający miał stopę jak najmniejszą. Nie mniej słusznym było zaś, aby kupujący miał jak największą. Można sobie wyobrazić jak podczas transakcji kupna-sprzedaży czegoś co ma długość, zawierano kompromisy. Czy nie wówczas ukuto pojęcie średniej arytmetycznej? Nasuwa się pytanie, co było pierwsze stopa czy cal. Do tej pory myślałem, że cal wziął się z długości końcowego fragmentu kciuka, jednak przygotowując się do tego posta przeczytałem o tym, że cal to potrojona długość średniego ziarna. Myślę, że cal połączono ze stopą przypadkowo. Ktoś zauważył, że biorąc tuzin cali dostajemy bardziej poręczną jednostkę do większych długości i jednocześnie jest ona zadziwiająco zbliżona do stopy. Potem już poszło: trzy stopy to yard, pręt (pole) to 5,5 yarda, łańcuch (chain) to 4 pręty, furlong to 10 łańcuchów (660 stóp) i wreszcie mila czyli 8 furlongów. Moim zdaniem potworny bałagan, ale czym jest zdrowy rozsądek wobec TRADYCJI?
Ze znanym i lubianym metrem też było niezłe zamieszanie. Podejrzywam, że Francuzi, którzy zawsze chcieli udowodnić Brytyjczykom, że są sprytniejsi, wypromowali nową jednostkę miary równą 10^-7 długości mierzonej wzdłuż południka paryskiego od równika do bieguna. To było pod koniec osiemnastego wieku. Od tamtej pory definicja zmieniała się wielokrotnie, aż całkiem niedawno, sześć lat temu podłączono metr do prędkości światła, chyba ostatecznie, choć kto wie?
Jeszcze anegdota: często mówię, że cal, to 2,54 cm, co łatwo zapamiętać, bo to jedna dwunasta stopy angielskiej (30,48 cm), a ta czwórka cyfr to nic innego jak dawny numer telefonu mojej Ciotki.
sobota, 26 kwietnia 2025
dwudziesty szósty kwietnia
Przez kilka dni nie dało się czytać gazet, ani oglądać jedynego programu telewizyjnego, do którego, od jakiegoś czasu, w miarę regularnie zaglądam. Wszędzie królowała żałobna czerń, a w i9:30 większość materiałów to transmisje i komentarze z Rzymu. Taki stan rzeczy sugerował, że wyłącznie tym powinienem się interesować, a w każdym razie o tym i tylko o tym powinienem być dobrze poinformowany. A co jeśli nie życzę sobie?
Dużo czytam. Teraz książkę - reportaż „Rowerem przez II RP" napisaną przez Bernarda Newmana z UK. Oglądany z zewnątrz obraz Polski z 1934 roku jest dla mnie fascynujący. Newman opisuje normalny (na miarę tych czasów) kraj europejski, gdzie oprócz stanu dróg wszystko jest takie jak trzeba. Czego innego uczyli mnie w szkołach. Historia to taka dziwna nauka, którą można udowodnić wszystko, co tylko jest akurat zbieżne z aktualną doktryną. Lem pisał, że historia ma tyle odsłon ilu historyków zarówno hołubionych jak i kaźnionych. W swojej książce Autor posługuje się, a jakże, imperialnymi jednostkami miar i zauważyłem, że choć zamieniam automatycznie stopy na metry, czy cale na centymetry, to taki na przykład kamień (stone) do tej pory był mi nieznany. Ze zdumieniem wyczytałem z WIKI o tak dziwnej jednostce jak 1 dram [dr] = 27 i 11/32 grains ≈ 1,77184519 g. To mogli wymyślić tylko Anglicy.
poniedziałek, 21 kwietnia 2025
dwudziesty pierwszy kwietnia
Obudziło mnie dziś wyjątkowo natarczywe i natrętne bicie w dzwony. Wyjaśnienie tego kurestwa przyszło natychmiast gdy tylko podłączyłem się do Internetu. Umarł człowiek. Skądinąd sympatyczny i dający się lubić. Tylko czy ma sens zakłócanie życia kogokolwiek z nas, a już najwięcej mojego, gdy ktoś umiera? Dla mnie to sensu najmniejszego nie ma. Przecież to naturalne, że ludzie umierają. Później dowiedziałem się, że umarł z powodu udaru. Po naszemu szlag go trafił.