poniedziałek, 12 maja 2025

dwunasty maja

 Albo weźmy przyklejających się do asfaltu aktywistów Ostatniego Pokolenia. Niektórzy sugerują, że należałoby pozostawić ich w spokoju i poczekać, aż złagodnieją albo zgłodnieją i poproszą o oswobodzenie. Inni znów podnoszą wniebogłosy lament o to, że nie daje im się prawa do protestowania, a nawet wszczynane są przeciwko nim postępowania skutkujące postawieniem zarzutów i procesami. A ja myślę o tym, że problem jest gdzie indziej. Wyobraźmy sobie bowiem sytuację, w której wbiegający na jezdnię w niedozwolonym miejscu człowiek zostaje trafiony przez jakiś pojazd i doznaje uszczerbku na zdrowiu albo i życiu, a przy okazji powstaje karambol, w którym podobnego uszczerbku doznają inni ludzie. I tu jestem już zupełnie Skołowany, bo z jednej strony Trzeba coś robić w sprawie Płonącej Planety, z drugiej zaś giną ludzie. I jeszcze jedno: aktywiści są ciągani po sądach nie za protesty, ale za spowodowanie zagrożenia w ruchu drogowym. Więc demonstrujący w obronie aktywistów zwyczajnie nie rozumieją sytuacji. Można wymyślić inne formy protestu i myślę, że w końcu wszyscy, a przede wszystkim sami aktywiści to zrozumieją.

niedziela, 11 maja 2025

jedenasty maja

 Albo weźmy książki. Od czasu gdy zapisałem się do Biblioteki Miejskiej znów dużo czytam. Różnie, raz Márqueza, raz Pratchetta albo reportaże, a ostatnio zasiadłem do The Cider House Rules z tytułem tłumaczenia nie wiedzieć czemu "Regulamin Tłoczni Win". Oczywiście czytałem to z pięćdziesiąt lat temu i teraz wciąż myślę o tym co wyniosłem z tej książki wtedy, a co teraz. Tak jak wtedy jestem zachwycony, jednak powody tego zachwytu są odmienne. To oczywiście oczywista oczywistość, a jednak przyjemność mam ogromną. Myśląc o wszystkim co do tej pory przeczytałem i o tym co Jeszcze powinienem przeczytać, odsuwam się od Internetu na odległość parasola (to takie powiedzonko z czasów młodości). To wszystko podszyte jest niepokojem: ile jeszcze?

piątek, 9 maja 2025

dziewiąty maja

 Albo weźmy klimat. Lem mówił o tym, że z ocieplającego się klimatu miał tyle, że wciąż było mu zimno. Tegoroczny maj sprawia, że obeznany z doniesieniami o płonącej Planecie człowiek w średnim wieku, wyczuwa w swoim myśleniu cień podejrzeń: a może to tylko kolejna teoria spiskowa? Owszem znana mi jest wieloletnia prawidłowość. Zimni Ogrodnicy i zaraz Zimna Zośka sprowadzają do nas falę chłodu a nawet mrozu. Ale to tylko kilka dni w środku maja. Teraz z niepokojem spoglądam na ekran smartfona i od kilku dni widzę, że temperatura spada. Dzisiejszej nocy nawet do -1 °C. A może ten niespotykany chłód jest jednak potwierdzeniem, że w ogóle Klimat się rozregulował? Ten obejmujący całą planetę pełen chaosu system jest coraz mniej podatny na uporządkowane teorie Meteorologów.

niedziela, 4 maja 2025

czwarty maja

 Rozmawiając dziś z Córką uświadomiłem sobie jak bardzo zmieniły się normy społeczne od czasów mojej młodości. Dziś było o alkoholu. Córka nie widzi nic nadzwyczajnego w okazyjnym popijaniu Jej Córki (16). Mój pierwszy kontakt z alkoholem był Wydarzeniem. Oczywiście utrzymywanym w tajemnicy. Czymś Złym, a przez to Podniecającym. Gdy pewnego dnia, piętnastoletnia Córka, po wyjściu na jaw alkoholowego ekscesu na wycieczce szkolnej, na moje pytanie "a coście piły?" z prostotą powiedziała "jak to co - wódkę", prawie się roześmiałem, jednak konsekwencje tego zdarzenia były przykre. Dla mnie też. Takie coś było jednak zbyt nowatorskie jak na ówczesne czasy. Dziś Córka ze swobodą zeznaje, że zaopatruje Wnuczkę w butelkę wina na okoliczność spotkania z koleżankami. Natomiast Wnuczek (18) zagadnięty przez Siostrę, czy nie kupiłby butelki, pogonił ją zdecydowanie. To nasunęło mi natychmiast pytanie jak by się zachował gdybym go zagadnął w te słowy "no co, z dziadkiem się nie napijesz?" Córka twierdzi, że mogłoby dojść do scen gorszących. O tempora, o mores.

piątek, 2 maja 2025

drugi maja

 Sandały, w których w 2014 zdobywałem Butny Półwysep, zyskały dziś drugie życie. Długo szukałem Szewca wyrażającego gotowość do operacji wymiany podeszew w kopalni wspomnień sprzed wielu lat. Przyszwy w postaci kilku pasków nie ucierpiały wcale, za to Podeszwy, popękane w poprzek i w wielu miejscach, uniemożliwiały komfortowe i jakiekolwiek inne chodzenie w tych reliktach czy artefaktach. Szewca znalazłem na ulicy Krakowskiej. Jak okazało się podczas rozmowy zakład ten odpalił działalność w 1942 roku i jego skróconą historię opowiedziała mi Córka Założyciela,mocno już dziś leciwa Pani. Dziś, wczesnym przedpołudniem, stwierdziłem esemesa z dobrą nowiną: sandały gotowe i do odbioru. Obułem je natychmiast po wyjściu na ulicę. Poczułem ponaddziesięcioletnią historię i niestety dyskomfort od Ostrogi, a właściwie miejsca po przeciwnej stronie rozcięgna podeszwowego, bo to w miejsce łączenia z palcami przeniósł się teraz ból. Nic. W przyszłym tygodniu pójdę do polecanej przez Doktora Wojtka Pani, której ręce czynią cuda i mam nadzieję pozbyć się tego bólu in saecula saeculorum.

wtorek, 29 kwietnia 2025

dwudziesty dziewiąty kwietnia

 Albo weźmy pierwsze razy. Jak już Naprawdę nie mam co robić, zaczynam rozmyślać o swoich pierwszych razach. Pierwszy z pierwszych to zapamiętana chwila, gdy ojciec puścił kij umocowany do roweru i zorientowałem się, że jadę samodzielnie. Pierwsza dwója w szkole. Pierwsza randka z dziewczyną. Pierwszy dzień w pracy. Pierwsza wypłata, której bynajmniej nie przepiłem w całości. Pierwsza wyprawa za granicę. Narodziny pierwszego wnuka. Pierwsza wypłata emerytury z ZUSu.  A co dalej? Niby wiem o tym, że coraz mniej tych pierwszych razów przede mną, choć potencjalnie wciąż nieskończenie wiele, bo nieskończoność to taki zbiór, z którego ile by nie czerpać ,wciąż pozostaje niewyczerpany. Te rozmyślania coraz częściej podszyte są ciekawością: a co z ostatnimi razami? Tych też przybywa. Każdy dzień o zmierzchu jest takim ostatnim razem, bo więcej Tego Dnia nie będzie. Wyruszając w każdą Podróż zastanawiam się czy to właśnie ta ostatnia?

poniedziałek, 28 kwietnia 2025

dwudziesty ósmy kwietnia

 Albo weźmy jednostki. Długość najlepiej mierzyć jednostkami naturalnymi. Sam często, gdy nie chciało mi się wyciągać miarki, mierzyłem odległość stopami, zwłaszcza że wiedziałem o tym, że długość mojej stopy wynosi z rozsądnym przybliżeniem dwadzieścia pięć centymetrów. Dawno temu ( ale prawda ) ludzie kombinowali podobnie. Co prawda trudno było pogodzić się czyja stopa miała być wzorcem. Słusznym więc było aby sprzedający miał stopę jak najmniejszą. Nie mniej słusznym było zaś, aby kupujący miał jak największą. Można sobie wyobrazić jak podczas transakcji kupna-sprzedaży czegoś co ma długość, zawierano kompromisy. Czy nie wówczas ukuto pojęcie średniej arytmetycznej? Nasuwa się pytanie, co było pierwsze  stopa czy cal. Do tej pory myślałem, że cal wziął się z długości końcowego fragmentu kciuka, jednak przygotowując się do tego posta przeczytałem o tym, że cal to potrojona długość średniego ziarna. Myślę, że cal połączono ze stopą przypadkowo. Ktoś zauważył, że biorąc tuzin cali dostajemy bardziej poręczną jednostkę do większych długości i jednocześnie jest ona zadziwiająco zbliżona do stopy. Potem już poszło: trzy stopy to yard, pręt (pole) to 5,5 yarda, łańcuch (chain) to 4 pręty, furlong to 10 łańcuchów (660 stóp) i wreszcie mila czyli 8 furlongów. Moim zdaniem potworny bałagan, ale czym jest zdrowy rozsądek wobec TRADYCJI?

Ze znanym i lubianym metrem też było niezłe zamieszanie. Podejrzywam, że Francuzi, którzy zawsze chcieli udowodnić Brytyjczykom, że są sprytniejsi, wypromowali nową jednostkę miary równą 10^-7 długości mierzonej wzdłuż południka paryskiego od równika do bieguna. To było pod koniec osiemnastego wieku. Od tamtej pory definicja zmieniała się wielokrotnie, aż całkiem niedawno, sześć lat temu podłączono metr do prędkości światła, chyba ostatecznie, choć kto wie?

Jeszcze anegdota: często mówię, że cal, to 2,54 cm, co łatwo zapamiętać, bo to jedna dwunasta stopy angielskiej (30,48 cm), a ta czwórka cyfr to nic innego jak dawny numer telefonu mojej Ciotki.