Wczoraj miał przyjść Wynajmujący i wziąć podpisane umowy. Do czwartej czekałem leżąc. Nie doczekałem. Poszedłem do najbliższego sklepu po produkty na posiłek główny. Gdy przygotowywałem tenże przyszła Córka z Partnerem i wypożyczyła mi stolik i krzesełko z balkonu. Nie będę więcej cierpiał siedząc na kanapie zgięty w pół nad komputerem.
wtorek, 19 października 2021
poniedziałek, 18 października 2021
osiemnasty października
Wczoraj jeszcze jako tako się ruszałem prawdopodobnie na adrenalinie, endorfinie czy jak się nazywają te hormony. Dziś z mojej kondycji zostały zgliszcza. Przeprowadzka okazała się bardzo męcząca, zwłaszcza fizycznie. I tego można było się spodziewać w twarzy faktu, że przez ostatnie dwa lata pracowałem prawie wyłącznie Psychicznie. Obudziłem się o szóstej i pomyślałem, że bardzo żyję, bo Wszystkie Członki mnie bolą. Chce mi się dziś Leżeć i Myśleć a w przerwach tylko Leżeć. Z drugiej jednak strony powinienem się wybrać do Castoramy po Drabinę która okazała się sprzętem pierwszej potrzeby. Mógłbym zapełnić Pawlacz i uniknąć ciągłego przekładania z miejsca na miejsce żeby coś znaleźć.
Koniecznie suszarkę do ubrań - właśnie zapuściłem Pranie.
Lubię to pionierstwo. I staram się policzyć ileż to razy przeprowadzałem się. Wychodzi mi, że teraz jest trzynasta przeprowadzka. Myślę, że ostatnia, ale kto wie?
Wymyśliłem, że w tym metrażu dobre będzie wstawienie w miejsce kanapy łóżka piętrowego z biurkiem. Nawet wiem skąd je wezmę. Karol ma takie i właśnie zażądał nowego.
Nic. Zaczynam Leżeć.
Dobrze mi w tej dziupli. Do większości rzeczy nie trzeba nawet wstawać, wystarczy się odwrócić.
niedziela, 17 października 2021
tu Kraków siedemnasty października
Wczoraj było przykro. Stara do ostatniej chwili próbowała przyprawić mi gębę co najmniej nicponia a tak naprawdę łajdaka. To była permanentna awantura, która skończyła się w chwili gdy powiedziałem pa, wsiadłem do auta i odjechałem.
Do pomocy przy rozładowaniu napełnionego po dach auta zgłosili się Córka z Karolem i Partner Córki.Ja też się nie ociągałem i po niespełna pół godzinie miałem prawie całą podłogę pokrytą rzeczami. Gdy pojechali, jeszcze godzinę zajęło mi poupychanie gratów na mniej więcej miejsce i zacząłem inwentaryzację potrzeb. Muszę koniecznie i szybko
1. Kupić biureczko z jakimś krzesłem.
2. Zainstalować oświetlenie nad zlewem.
3. Zainstalować półki na książki ( To będzie skomplikowane, bo jedyny dostępny "piękny kawałek ściany" jak mówił jeden ze znanych mi Architektów, musi pomieścić także Kossaka. W rezultacie prawdopodobnie część książek wyląduje na Pawlaczu.)
4. Kupić drabinkę do komunikacji z wyżej wymienionym Pawlaczem
5. Kupić półki do największej szafki kuchennej.
6. Zainstalować (gdzie?) pojemnik na śmieci zmieszane
7. Zainstalować (chyba w łazience) pojemniki na plastik, papier i szkło
8. Umieścić gdzieś w pobliżu drzwi wieszak na kurtkę
9. W kuchni wieszak na ściereczkę
10. W łazience wieszak na papier t.
11. W kabinie prysznica półeczkę na mydło i gąbkę.
12. Kupić szczotkę i mopa a w dalszej kolejności także odkurzacz.
13. Oddać Właścicielom firankę i zasłonę a na oknie zainstalować rolety.
Po odgruzowaniu podłogi podążyłem do najbliższego sklepu (Biedronka jest w odległości pięciu minut zmęczonego spaceru) i zrobiłem zakupy na dzisiejszy posiłek. Jak zwykle w sobotę przyrządziłem sobie śledzia z cebulką i czosnkiem i ugotowałem kilo kartofli. Jak zwykle nie dojadłem i na dziś też mam posiłek nawet dwudaniowy (Fibonacciego), bo z piątku zostało też sporo pomidorów z makaronem. Z radością stwierdziłem też, że ta Biedronka jest otwarta w niedziele i w przyszłości nie będę musiał kombinować.
I tak siedzę zgięty w pół na kanapie pochylając się nad czymś co pełni tu rolę stolika i pisząc te słowa zastanawiam się czy reszta mojego życia będzie w końcu Świetlaną Przyszłością.
Stara dziś dzwoniła. Na wszelki wypadek zabanowałem jej numer. Jednak cierpi na tym Córka. Myślę, że za jakiś czas jej (Starej) przejdzie.
środa, 13 października 2021
Trzynasty października
Nie przypuszczałem, że mam tyle rzeczy. Mimo licznych przeprowadzek (mówią, że trzy przeprowadzki to jak jedno spalenie) nagromadziło się tego wniebogłosy. Pakuję już drugi dzień i może dziś skończę. Najwięcej książek. Szkoda wyrzucić, choć teraz czytam wyłącznie pedeefy na komputerze lub telefonie (optonie jak powiedziałby ulubiony pisarz). Ubrań niewiele, ale jest to skutkiem ostrej selekcji: ubrania nieużywane przez ostatnie trzy lata - do wora. Mam tylko kłopot gdzie je oddać. Mam jeszcze kłopot z książką kucharską. Ponieważ nie jest moja, postanowiłem zachować ją, a jakże, w postaci przeskanowanych pedeefów. W twarzy mojego zobowiązania gotowania Ali taka książka to skarb, bo trzymany w rozumie repertuar jest dość skromny. Dowiedziałem się co to sztufada i jak ją zrobić. Inna sprawa, że ja na pewno nie będę jej jadł, te mięsa i słoniny, duszone, obrzydliwość. Ale może Wnuki zagustują. Jestem dopiero przy zupach na stronie 156 i mam pewność, że ta książka niejednym mnie jeszcze zaskoczy. No właśnie mam do przeskanowania jeszcze 322 strony i to bez deserów i słodyczy i nie wiem kiedy skończę tę robotę.
wtorek, 5 października 2021
piąty października
Wygląda na to, że jednak wcześniej.
W przyszły piątek przeprowadzam się do Krakowa.
sobota, 2 października 2021
drugi października
W twarzy faktu, że prędzej czy później wyniosę się z Reguł, w dalszej perspektywie nawet ostatecznie, kilka dni temu postanowiłem urządzić sobie pierwszą rowerową wycieczkę pożegnalną. Dzień był wietrzny mocno, więc pojechałem pod wiatr aby łatwiej się wracało. Naprzód w kierunku SSW ulicą Regulską, która niepostrzeżenie zmienia się w aleję Powstańców Warszawy aż dojechałem do mostu na rzece o której zawsze myślałem, że nazywa się Utrata, a na niebieskiej tablicy przed mostem jak wół stoi Raszynka. Później na mapie sprawdziłem, że w rzeczy samej tak jest a źródło Raszynki bije ze Stawu Puchalskiego w Raszynie. Do Utraty Raszynka wpada w okolicy stawów pęcickich. O Utracie też poczytałem i dowiedziałem się o niej różności. Ale nie o tym. Most ścieżkorowerowy pod którym płynie Raszynka wygląda tak:
w tle widać most drogowy i sygnalizację świetlną. Moim zdaniem ten zielony mosteczek jest bardzo ładny, a jego projektant połączył solidność z lekkością, chociaż mam podejrzenie, że nośność mostu została policzona ze zbyt dużym współczynnikiem bezpieczeństwa. Jak przez mgłę pamiętam z dzieciństwa drewniany most w tym miejscu, który też dawał radę. Niedawno wybudowana ścieżka rowerowa którą dojechałem do mostu nosi nazwę Rajdu Po Kamienistej Drodze. To też bardzo ciekawa historia, Ale nie o tym. Widoczne światła zabezpieczają przejście dla pieszych i przejazd rowerowy. Tam podążyłem. Kiedyś w tym miejscu od drogi odchodziła nadrzeczna ścieżka. W tym roku powstała tu ścieżka rowerowa która wygląda tak:
Jak powszechnie wiadomo rower jest najwspanialszym pojazdem pod warunkiem jednak, że nie wieje. Opór aerodynamiczny rośnie z sześcianem różnicy prędkości między Podróżnikiem i Atmospherą. W dodatku dysponuję rowerem starszej generacji, bez przerzutki. Gdy naprawdę ostro wiało zsiadałem i podróżowałem pieszo. Mogłem wtedy dokładnie się rozglądać i nie do wiary co zobaczyłem:
Rzut beretem od Stolicy widać krajobraz bez śladu Cywilizacji. Tak to miejsce mogło wyglądać sto albo i tysiąc lat temu.
Jechałem doliną rzeki Raszynki obserwując jak poprzez liczne kanały nawadnia tereny po jej północnej stronie. Ciekawość: dziś tam nie ma żadnych upraw. A resztki nawadniającej infrastruktury wykorzystywane dziś niezgodnie z pierwotnym przeznaczeniem wyglądają tak:
c.d.n.
pierwszy października chwila wspomnień
Tak jakoś jest, że wiem o tym, że więcej za mną niż przede mną i co za tym idzie więcej myślę o tym co było. Maszynistą na kolei byłem prawie dziesięć lat. Jedna siódma życia.
Jeździłem jako drugi maszynista (młodszy maszynista) w drugim planie. Były dwa, bo w pierwszym pracowali zaufani i doświadczeni i ciągali pociągi w rodzaju 1501 czy 1505. Był jeszcze plan tylko dla najbardziej zaufanych i "po linii" w którym jeździło się do Brześcia. Publiczną tajemnicą było po co. Opowieściami co i jak schować w lokomotywie maszyniści dzielili się na głos i bez skrępowania. Do dziś nie wiem jakie były przedmioty kontrabandy i jakie z niej profity, ale bez wątpienia jakieś były, bo tylko maszyniści jeżdżący w tym superplanie, nota bene wszyscy członkowie PZPR, mieli prywatne samochody, co ciekawe przeważnie dizle więc i paliwo do nich kradzione z kolejowych dystrybutorów, mieli darmo. Ale nie o tym. W obowiązującym mnie drugim planie najgorszy był pociąg 1511, osobowy do Gdyni. Wypadał jakoś dwa razy w tygodniu. Mówiliśmy na niego "dziad" bo stawał pod każdym słupkiem. Samej jazdy było dwanaście godzin, od siódmej do siódmej. W nocy. Z czasem od podstawienia pod skład na Szczęśliwicach do odstawienia na Grabówku, bite czternaście godzin. To w rozkładzie zimowym. Latem, w Gdyni, przypinano lokomotywę do pociągu którego numeru już nie pamiętam i ciągnęliśmy go jeszcze do Lęborka. Godzin nie pamiętam, ale w Lęborku ledwo starczało czasu na siedmiogodzinny odpoczynek w Noclegowni. Któregoś lata zostałem przydzielony do pierwszego maszynisty o imieniu Władek. Nazwiska już i tak nie pamiętam. Nie wiem też czy Kierownik Trakcji uprzedził mnie, że to alkoholik. Jednak coś musiało być na rzeczy, bo wszyscy wiedzieli o tym, że ja nie piję, a w myśl popularnej anegdoty "jeden musi być trzeźwy". Przez kilka tygodni obaj byliśmy trzeźwi, może Władek czasem na kacu, ale nie dawał po sobie tego poznać. Nieszczęście przyszło gdy dostaliśmy Praktykanta. To taki chłopak uczący się na maszynistę. Okazał się dla Władka bratnią duszą i doskonałym kompanem do kieliszka. Pewnego razu po odstawieniu lokomotywy w Lęborku obaj znikli. Poszedłem do Noclegowni, zjadłem przepisową zupę z wkładką i spokojnie zasnąłem. Obudzony po południu przez obsługę stwierdziłem brak obydwu. Jak koń mleczarza poszedłem do lokomotywy, odpaliłem motor i podjechałem w perony. Przypięty już do składu czekałem na kolejne wydarzenia. Wiedziałem na pewno, że sam nie pojadę, zresztą miałem już podobną przygodę w Radomiu gdy przypięty do pociągu zbiorowego nie ruszyłem dopóki nie zjawił się spóźniony maszynista, którego nazwisko w przeciwieństwie do imienia jakoś pamiętam: Królik. Władek z Praktykantem pojawili się na lęborskim peronie na chwilę przed planowym odjazdem. Tak podsadzali się wzajemnie, że jakoś w końcu wdrapali się do kabiny i odjazd został uratowany. Obaj nietomni. Huknąłem wściekły i pogoniłem pijane towarzystwo do drugiej kabiny. Wiedziałem co robić i prowadziłem pociąg zgodnie ze sztuką. Gdy zaczynała mnie ogarniać senność wstawałem i jechałem na stojaka. otwierałem okna i chyba modliłem się żeby tylko do Warszawy. Władek zaczął się ruszać gdzieś w Ciechanowie, już widno. Nie puściłem go do sterów. Jebałem go do samej Warszawy. On nawet nie przeprosił. Chyba nie zgłosiłem wydarzenia władzom. Kilka dni później nie miałem już wyjścia, bo Władek nie przyszedł na odjazd pociągu do Hajnówki. Przyjęcie w peronach na Wschodnim. Podany semafor a Władka nie ma. Poszedłem do Dyżurnego Ruchu, zadzwoniłem do Dyspozytora i powiedziałem jak jest. Chyba nie próbował mnie przekonywać żebym jechał sam, zresztą Dyżurny już wiedział. Pociąg odjechał ponad dwie godziny po planie, bo Dyspozytor złapał jakiegoś maszynistę z manewrów z nocnej zmiany. Władka więcej nie widziałem.