sobota, 9 sierpnia 2014

dziewiąty sierpnia

Jakoś zupełnie umknęły mi wydarzenia dziejące się siedemnastego lipca. Nie ma się czemu dziwić, wszak od tamtej pory działo się mnóstwo. Wymienionego dnia byłem w Kielcach. 
Na balkonie domu przeznaczonego do rozbiórki zobaczyłem dziwne wyposażenie:




Jakoś dziwnie kojarzące się z Wiecznością.
Na kieleckim deptaku odbywały się imprezy w których występowały ludowe zespoły z Europy. Byli przedstawiciele wszystkich europejskich Krajów, ale mnie najwięcej podobali się Holendrzy i oczywiście Holenderki. W tych starych babach i starych dziadach było tyle radości, że daj Boże i nam wszystkim:
 Później nie mogłem sobie odmówić zdjęcia z Pompą. Nie jest może ona tak okazała jak szczecińskie. Jednak Szanowna Frekwencja nie odmówi chyba jej niezwykłego uroku:
I jeszcze pominięty w Wakacjach z Wnukami epizod z wizytą na Stadionie Narodowym:

 

środa, 6 sierpnia 2014

zapowiedź pierwsza

Od jutra za tydzień znany i lubiany obieżyświat wyruszy w Podróż która bynajmniej nie jest Zabawą. Nie macie pojęcia jak on się cieszy. Uczy się szybko i intensywnie języka którym na co dzień posługują się mieszkańcy Krainy w której odbędzie się, by tak rzec, trzon Podróży. W Krainie tej, z racji położenia geograficznego, długość dnia, w ciągu całego roku jest bardziej zbliżona do połowy doby niż u nas. Zawsze zastanawiałem się co robią wieczorem mieszkańcy Krajów w których o szóstej już zapada zmrok. Będę mógł to sprawdzić osobiście.
ZAGADKA 1.0
Północ, czy Południe?

szósty sierpnia

Takie dwa tytuły chodzą mi po głowie: Koniec Wakacji i Wakacje z Duchami. U mnie do Końca Wakacji jeszcze daleko choć w rzeczy samej, Wakacje z Wnukami już się skończyły.  Wyjechaliśmy wczoraj wieczorem, za kwadrans dziesiąta odpaliliśmy z przydomowego parkingu. Wnuczęta zasnęły prawie natychmiast a ja mordowałem się nad kierownicą do drugiej w nocy. Rano dzieci poszły do przedszkola. Ja obudziłem się o dziewiątej,  tylko co z tego, ze względu na Tour de Pologne utknąłem przed Słomnikami. Chyba będę w Warszawie dopiero wieczorem.

wtorek, 5 sierpnia 2014

piąty sierpnia

Wracaliśmy z wakacji przez Gdańsk. Celem VIP-a był Jarmark Dominikański. Celem reszty wycieczki była dobra zabawa, lody, napoje i podglądanie ludzi. Byłem o krok od telefonu na Policję, gdy zauważyłem grupkę młodych mężczyzn, wyraźnie pijanych i wyraźnie agresywnych, którzy starali się zepsuć zabawę reszcie ludzi spacerujących po Długim Targu. Na całe szczęście, tuż po tym jak grubymi słowami zelżyli turystów z Niemiec, poszli sobie gdzieś i więcej ich nie widziałem. Były koncerty: na lirze korbowej, Vivaldi i Bach na dwóch ksylofonach, prawdziwy pirat z brodą i papugą, młode kobiety i młodzi chłopcy w jakichś średniowiecznych strojach obuci nie wiedzieć czemu w adidasy, był odnowiony Neptun i był upał przed którym nie dawało się ukryć, bo był mobilny, silny wiatr powodował wrażenie jakby dmuchało z jakiego pieca. Razem, zabawa udana. Karol zażyczył sobie pieróg piracki w kolorze czarnym i z czachą na froncie, Matylda zaś balon w kształcie delfina w wyjątkowo paskudnym niebieskim kolorze. Potem wracaliśmy. Tradycyjnie: Siódemką. Z Gdańska wyjechaliśmy tuż po pierwszej. Droga do Warszawy przez Milanówek zajęła nam siedem godzin, ale to już inna historia. 
Wróżka Zębuszka odwiedziła Karola zanim jeszcze wyjechaliśmy nad morze:




Słodkie śpiochy:



Normalne plażowanie:
W Parku Rozrywki:
Wieczorem na Werandzie:
Wieczorem po powrocie z Babcią Pra:

 
 
 

niedziela, 3 sierpnia 2014

szósty i ostatni

Wczoraj dotarliśmy na plażę w samo południe. Fale zdecydowanie większe niż w ostatnich dniach. To znaczy, że i zabawa w nich dużo lepsza. Tak ciepłej wody w morzu nie pamiętam. Ratownicy utrzymują, że ponad 25°C. Pokazałem Karolowi jak za pomocą wiaderka, papierowego ręcznika, słońca i wiatru ochłodzić nagrzany napój w butelce. Wytłumaczyłem także dlaczego wojskowe i harcerskie manierki są pokryte mechatą tkaniną. Moczyliśmy się kilkanaście razy po kilka minut. Nawet Matylda wchodziła w spienione odmęty bez obawy i bez trzymania jej na rękach. Kilkominutowe kąpiele narzuciłem zobaczywszy jak Karol zaczyna szczękać zębami po dziwnie krótkim czasie. Po plaży do strusi. Kupiliśmy jedną wydmuszkę i dowiedzieliśmy się dlaczego pan Piotr - Belg który jest właścicielem pasieki nie chce wciąż jeść jajecznicy ze strusich jaj i dlatego pełne jajo jest tyko o pięć złotych droższe od pustego.  Potem do normalnej restauracji na normalny domowy obiad. Wszyscy mieliśmy dość makdonaldów i z ochotą zjedliśmy po talerzu rosołu. Na drugie danie już każdy zażyczył sobie co innego. Po powrocie na Kwaterę dzieci zajęły się z VIP-em, a ja wcielałem w życie chytry plan: jak do pełnego auta spakować jeszcze jedną walizkę i oczywiście VIP-a, że nie wspomnę o tysiącu pluszaków które wnuczęta wygrały w rzucaniu do celu, maczudze z wyrzuconego przez fale drewna, różnych patyków i patyczków zebranych na plaży, strusich piórkach i kapturkach dla wiewiórek. Chyba mi się udało.  Towarzystwo jeszcze śpi. Ja już po kawie siedzę na werandzie i myślę o tym, że przed dziesiątą musimy zwolnić Kwaterę. Do łazienki więc.

sobota, 2 sierpnia 2014

piąty

Wnuki śpią długo. To zrozumiałe, wieczorem nie zapędzam ich do łòżek: przecież mają Wakacje. Wczoraj na plażę wchodziliśmy, gdy  wczasowicze regularni właśnie szli na obiad. Poplażowaliśmy jednak trzy godziny. Pokazałem Karolowi jak zbudować Zegar Słoneczny mając do dyspozycji  kilkanaście patyków i kompas. Zegar pokazał kiedy mamy zejść z plaży i pojechać na Kolej po VIP a. Wybrałem oczywiście drogę z przeprawą promem, o czym wiedziałem i mostem pontonowy co było i dla mnie niespodzianką. Płynąc promem zobaczyłem zafascynowany, ujście Wisły od wewnątrz. Wyglądało jakby rzeka nie kończyła się wcale tylko zamieniała w Bezkres.  Główny posiłek znowu w makdonaldzie.  Wieczorem z VIP-em na rybkę i biegusiem na Kwaterę spać. Bociany z gniazda nad naszą Kwaterą pozdrawiają wszystkich Czytelników klekotem na dwa dzioby.

piątek, 1 sierpnia 2014

czwarty

Wczoraj wygrzebaliśmy się o jedeenastej. Samochodem do strusiej pasieki. Strusi było widać dwie sztuki. Nie wykazywały nami zainteresowania. W drugą stronę relacja była przeciwna. Zamówiłem wydmuszkę ze strusiego jaja na sobotę. Kupiłem litrowy słoik miodu czekoladowego. Potem do  Stegny,  do tamtejszego parku rozrywki. Kiedyś to o było zwyczajne wesołe miasteczko. Brałem na klatę wszystkie potrzeby wnucząt do momentu w którym zobaczyłem dno sakiewki. Fotografie zamieszczę jak tylko dobiorę się do komputera. Na główny posiłek dzieci chciały do Makdonalda.  Ale tym razem odmówiłem. W normalnym barze Karol zjadł pół hamburgera a Matylda pół piccy. Ja zaś wreszcie zjadłem kawałek prawdziwego mięsa pod postacią Schabowego o wielkości lądowiska dla helikopterów.  Po obiedzie wróciliśmy na Kwaterę - musiałem napić się kawy. W trakcie mojej kawy, Karol, z moją pomocą wystrugał swoją pierwszą w życiu łódkę z kory, a później strugając jabłka  zdobył swoje pierwsze skaleczenie moim scyzorykiem.  Nic wielkiego, przecież kiedyś musiał być ten pierwszy raz. Matylda w tym czasie uczyła się obsługi tabletu i muszę przyznać, że nawet ściągnąwszy swojego pierwszego w życiu wirusa nie spanikowała, tylko skorzystała z helpu pod postacią dziadka. Potem do najbliższego sklepu na tradycyjne wieczorne lody. One wciąż chodzą boso. Nie wiem po co zabrały tyle butów. Natomiast wiem po co Matyldzie tyle ubrań. Najchętniej przebierałaby się bez przerwy. Później normalna Kolacja. Karol płaty z mlekiem. Matylda jaja na miękko.  Po myciu Matyldy, bo Karol woli rano, czytanie. Ciąg dalszy przygód Koszałka Opałka. Z rozrzewnieniem wspominam chwile gdy sam o tym pierwszy raz czytałem.  Towarzystwo zasnęło o jedenastej. Ja zaraz potem. Dziś pogoda zapowiada się piękna choć bez upału.  Będzie stacjonarnie czyli Plaża.